Polecane Strony:

twojpieknydom.pl - Naklejki sklep
elauto.neostrada.pl - prawo jazdy Poznań
oltre.pl - Meble hotelowe
rol-dan.pl - moskitiery poznań
bio-ecology.com.pl - kolektory słoneczne
Zapraszamy.
A A A

SZEJK TARIK - Karol May - fragmenty

 

 

 

Zamiarem Beni Sallah było zniszczenie przeciwnika do tego stopnia, aby przez wieki nie przyszła im do głowy nawet myśl o wojnie i napadach. A do tego niezbędna była broń. I to broń, która dotarłaby na tyle wcześnie, aby Beni Sallah mieli jeszcze czas wprawić się przed bitwą w posługiwaniu się tymi tak dla nich niezwykłymi strzelbami. Musieliśmy więc i z naszej strony uczynić wszystko co możliwe, aby zapewnić dotarcie tej broni w porę.
Dlatego też zaproponowałem dżemmie, aby wysłać naprzeciw karawany kilku wojowników z dużą ilością jucznych zwierząt. Musieliśmy bowiem założyć, że wielbłądy karawany Hilala nie będą już tak szybkie w drodze powrotnej, co pociągnęłoby za sobą tak znamienne w skutkach opóźnienie. Jeżeli udałoby się nam wyjechać możliwie daleko naprzeciw Hilala, to oznaczałoby to dla nas zaoszczędzenie kilku godzin, co w stosunku do niewielkiej ilości czasu, jaką jeszcze dysponowaliśmy, było bardzo ważne.
— Jak sądzisz — zapytał szejk odpowiadając na moją propozycję, — kiedy może przybyć w najlepszym czasie Hilal?
— Wszystko zależy od tego, czy twój brat będzie miał szczęście w wyszukaniu miejsca zasypanej karawany. Jeżeli je miał, to powinien dotrzeć do niej wczoraj. Zanim zapadł zmrok, powinien uporać się z wykopaniem broni i naboi. Pozostaje pytaniem, czy wyruszył bezzwłocznie, czy też dopiero dziś o brzasku. Może więc przybyć albo dziś po południu, albo dopiero bardzo późno w nocy.
— Zgadzam się z tobą. Musimy więc uczynić wszystko, aby przyspieszyć jego powrót. Ale teraz najważniejsze: kto ma dowodzić wojownikami, którzy wyruszą naprzeciw karawany Hilala? Nie znam drogi, którą należałoby wybrać, a od północy dnia wczorajszego minęło już więcej niż trzydzieści godzin i wiatr dawno zatarł wszelkie ślady na pustyni.
Hm? O tym nie pomyślałem. Był tylko jeden człowiek, który znał drogę. Byłem nim ja. Ale spędziłem dwadzieścia cztery godziny w siodle i nikt nie mógł mieć mi za złe, że tęskniłem już za odpoczynkiem.
Z drugiej jednak strony było to tak ważne, że nawet sam fakt, iż jako gość Beni Sallah nie musiałem się troszczyć o pomyślność Waru, nie pozwolił mi, abym wyłączył się z tego zadania. Dlatego też odpowiedziałem na ukrytą w pytaniu prośbę szejka.
— Jeżeli chcesz powierzyć mi dowództwo, to obiecuję ci, że uczynię wszystko, aby odnaleźć Hilala i dowieźć z nim oczekiwaną broń.
— Hamdulillah! Czy naprawdę tego dokonasz? Więc już mogę przestać się martwić. Ale czy nowa wyprawa nie będzie dla ciebie zbyt uciążliwa? Jesteś przecież naszym gościem i...
— Nie myśl o mnie, ale zatroszcz się o to, aby za pół godziny przygotowano zarówno zwierzęta jak i jeźdźców. Ja wmiędzycza-sie przygotuję się również do drogi.
Członkowie dżemmy nie wyrazili żadnego sprzeciwu, abym to ja wyruszył. Zagłosowali jednomyślnie. I tak zakończyła się narada wojenna.
— Allah il Allah we Mahomet rassuhl Allah. I z tymi słowami rozeszliśmy się.
Punktualnie za pół godziny stanęła gotowa do wymarszu karawana, którą miałem poprowadzić. Składała się z pięciu jeźdźców na wielbłądach i dwudziestu zwierząt bez ładunku. Wyszukano najszybsze wielbłądy, aby możliwie wydatnie przyspieszyć dostarczenie broni. Ponieważ chcieliśmy odciążyć Hilala tylko z takiej ilości broni i amunicji, jaką przewidywalnie mogliśmy potrzebować w walce, naszym zamiarem było takie rozłożenie ciężaru na dwadzieścia wielbłądów, abyśmy drogę powrotną mogli przebyć w jak najkrótszym czasie.
Dżemma trwała mniej więcej godzinę, a mój zegarek wskazywał ósmą, gdy opuściliśmy duar kierując się na zachód. Pozostawiłem Halefowi wolną rękę, czy będzie mi towarzyszył, czy też zostanie w obozie, ale dzielny „malec odrzucił nawet myśl o odpoczynku, gdy jego sidi będzie torturowany natarczywością słońca, a być może nawet połknięty przez bezkresną gardziel pustyni.
Było nas więc siedmiu. Siedmiu mężczyzn pędzących na czele dwudziestu szybkonogich dżemmelów. Nie zamieniliśmy ze sobą ani jednego słowa, bo całą naszą uwagę pochłaniała droga, o ile można na pustyni w ogóle to słowo stosować. A zresztą, nasz pośpiech uniemożliwiał jakąkolwiek rozmowę.
Nie było dla mnie łatwym zadaniem dokładne zachowanie kierunku, z którego przybyliśmy kilka dni wcześniej. Nie mogłem odnaleźć już żadnego śladu na piasku, a piaszczyste wydmy były jak jajka bliźniaczo podobne do siebie. Ale tam, gdzie zawodziła pamięć, pomagało mi przeczucie trapera, które mógłbym porównać z szóstym zmysłem. Ten właśnie „szósty zmysł rozwinął się u mnie w czasie wieloletniej wędrówki na Dzikim Zachodzie Ameryki Północnej tak, że nie wątpiłem ani przez chwilę, iż jestem na właściwej ścieżce.
Jechaliśmy już dobre trzy godziny i w tym czasie przebyliśmy z pewnością trasę, której Hilal ze swoimi obładowanymi ponad miarę wielbłądami nie zrobiłby nawet w sześć godzin. Coraz częściej sięgałem po lunetę. Zakładając, że Hilal nie tracił czasu i jeszcze wczorajszej nocy wyruszył w drogę powrotną, nie powinien być już zbyt daleko od nas. Ale to zależało od bardzo wielu czynników, a zwłaszcza: czy odnalazł on od razu ten tak ważny punkt na pustyni, czy też poszukiwania trwały bardzo długo.
Mogłem się tylko pocieszać jego zapewnieniem, że zna pustynię jak własną kieszeń; a zresztą byłem prawie przekonany, że już od dawna wędruje ze swym cennym ładunkiem w kierunku oazy.
Właśnie skierowałem swoją lunetę na grzywę jednej z wydm, która wznosiła się w dość znacznej odległości od nas. I wtedy zauważyłem na szczycie grzbietu wydmy jeźdźca. Ale już w następnej sekundzie zniknął we wgłębieniu. Wkrótce jednak wynurzył się znów, pokonując następne wzniesienie. Gołym okiem nie sposób byłoby go dostrzec.
Jeden tylko okrzyk wystarczył, aby powiadomić moich ludzi. Wszyscy spoglądaliśmy teraz w tym kierunku i już po krótkim czasie można było zobaczyć bez lunety, jak jeździec naprzemian zjawia się na grzbiecie wydmy a potem znika w dolinie piaszczystych fal.
Chwyciłem swój sztucer i wystrzeliłem. Jeździec przystanął, a potem zdawać by się mogło, że spojrzał w naszą stronę. Być może oceniał tylko odległość, jak daleko jesteśmy od niego i czy musi się mieć przed nami na baczności. Przez chwilę tkwił nieruchomo i obserwował nas. A potem zaczął powoli jechać w naszym kierunku. Ale już wkrótce przyspieszył krok swojego wielbłąda. Chyba doszedł do wniosku, że w tej okolicy i właśnie na tej linii może spotkać tylko przyjaciół. Gdy właśnie wynurzył się na grzbiecie którejś z kolei wydmy, zatrzymał się gwałtownie. Radośnie wyciągnął prawą rękę na powitanie, a później już tylko zachęcał swojego wielbłąda do przyspieszenia kroku. I ja rozpoznałem tego jeźdźca. To Hilal, który z jakiegoś powodu wyprzedził swoich ludzi. Już z daleka wymachiwał do nas, a gdy wreszcie do nas dotarł, zawołał radośnie:
— Hamidulillah! Niech będą dzięki Allachowi, że obdarowuje mnie łaską ujrzenia ciebie. Mamy je! Mamy karabiny! Mamy je wszystkie! Mamy też naboje, pełne trzydzieści skrzyń! Allah

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 42 Następna »